Siła w słabości – kawałek własnej historii

Słowa, które znajdują się poniżej powstały, kiedy byłam w trochę innym miejscu, niż jestem teraz. Te słowa powstały też na trochę innej stronie. Zdecydowałam się jednak, żeby tę moją historię powtórzyć tu na blogu i puścić dalej w świat, bo jest coś w niej uniwersalnego.

27 stycznia 2015 roku.

Koniec i początek roku to czas kiedy pojawia się masa artykułów o tym jak wejść w Nowy Wspaniały Rok, jak wymiarować cele tak by były osiągalne, jak realizować złożone sobie obietnice, jak być pięknym, zdrowym i bogatym w tym Nowym Roku. I ja też chciałam o czymś takim napisać. Ale nie napisałam. Nie napisałam dlatego, że część mnie w ogóle nie była zainteresowana pisaniem o tym jak osiągać cele, jak iść super pewnie przez życie,  jak zdobywać szczyty.

Zrodziło się we mnie i rosło cały czas poczucie, że za dużo mówi się i pisze o tym osiąganiu, zdobywaniu, układaniu, zwiększaniu sprzedaży, zwiększaniu efektywności, lepszym zarządzaniu sobą w czasie, szczytowaniu duchowym i mózgowym. Zapomina się o tym, że bycie słabym też jest ok, że stan nie wiem jest normalnym stanem, że czasem nie widać celu i sensu i to też jest w porządku. I z tego mojego poczucia (ale też z obserwacji tego z czym przychodzili moi Klienci w 2014 roku) obudziła się właśnie potrzeba, żeby zaopiekować się bardziej tą drugą stroną siebie. I żeby o tym napisać. A w zasadzie, żeby napisać o sobie i o swoich przeżyciach i odkryciach. Żeby napisać o tym, że pozwoliłam sobie na słabość i mam się z tym świetnie. Że życie to nie tylko osiąganie celów. Że życie to po prostu życie, czucie, bycie, doświadczanie. Stwierdziłam, że być może będzie to inspirujące przynajmniej dla jednego człowieka. Jeśli tak- warto, żeby poszło to w świat.

Koniec 2014 roku.

W 2014 roku zgubiłam się. Na przełomie 2014 i 2015 odnalazłam się na nowo. W minionym roku wylałam więcej łez niż chyba przez całe życie (z racjonalnego punktu widzenia nie miałam do tego zupełnie powodu, z emocjonalnego punktu widzenia- nie zadbałam o część siebie i ta część zaczęła płakać). Zadbałam o swoją kobiecość, pomimo, że wymagało to pokazania słabości (nigdy nie lubiłam swojej słabości- zaznaczam). Zadbałam o swoje potrzeby i poszłam za głosem serca, pomimo że wiązało się to z oddaniem kontroli- dość spontanicznie zdecydowałam się na przeprowadzkę do Warszawy po 10 latach mieszkania w Krakowie. Wbrew pozorom to duży aspekt oddania kontroli zwłaszcza jak się zostawia związek, mieszkanie i firmę w innym mieście. Pomimo, że zawodowo osiągnęłam ogromne sukcesy, miałam poczucie cały czas, że prywatnie poległam, przegrałam i w ogóle straciłam coś szalenie ważnego. Nie umiałam tylko powiedzieć co to jest. I to też było frustrujące.

To poczucie, że poległam i przegrałam w aspekcie prywatnym, a nie zawodowym spowodowało, iż oddaliłam się od wszystkich, przede wszystkim od siebie. I tak mijał ten 2014.

Power Year – Rok z Mocną Wizją.

Ponieważ nie miałam pomysłu co ja chcę w 2015 roku robić i jak ja chcę na ten nowy rok patrzeć, stwierdziłam, że odkryję to na warsztacie Power Year, czyli Rok z Mocną Wizją. Postanowiłam: pójdę tam absolutnie jako Anita człowiek, a nie Anita coach. Naprawdę chcę zamknąć ten trudny 2014 rok i zacząć z nowym oddechem. Świeżym. Lekkim.

Michał Godlewski, jeden z ważniejszych trenerów, coachów i nauczycieli jakich poznałam na swojej drodze, III raz organizował te warsztaty. W trakcie dwóch dni pracuje się nad zebraniem zasobów roku minionego, ułożeniem wizji i określeniem celów na rok nowy (to tak a propos tego, że za dużo jest o osiąganiu celów). Warsztat jest o tyle wyjątkowy, że płaci się za niego tyle ile się uważa za słuszne według własnej opinii, a całość środków przekazywana jest na Dom Dziecka w Krakowie.

Byłam na I edycji i stwierdziłam, że w moim stanie ciała, umysły i duszy (czyli sporego zagubienia) dobrze zrobi mi pobycie jako właśnie Anita człowiek a nie Anita coach, wśród ludzi, których nie znam, pracując nad 2015, na który nie mam pomysłu. Stwierdziłam: mam ochotę rozpocząć mój Nowy 2015 Rok, ale od 19 stycznia, czyli na drugi dzień po zakończeniu warsztatów. Bo kto powiedział, że to musi być 1 stycznia? I właśnie tego dnia napiszę na blogu, to co najmocniej we mnie zaflirtuje na tym warsztacie.

 

Pierwsza wersja tego artykułu powstała zaraz po warsztacie jednak mój wewnętrzny krytyk nie pozwalał na ujawnienie moich słabości i dopiero 27 stycznia się dogadaliśmy ;).

Jeśli obstawiasz siłę, to innych wpychasz w słabość.

Na warsztacie Michał opowiedział historię kobiety, jednej z uczestniczek jego szkolenia. Kobieta ta była cały czas bardzo otwarta, uważna na drugą stronę, dużo dająca, opiekująca, wspierająca. Była silna, ale… powodująca przez to poczucie słabości w drugiej stronie. Przez swoją odwagę i siłę zabierała odwagę i siłę drugiej stronie. Dopiero po informacji od Michała, uczestniczka doznała olśnienia i przyznała, że nie zdawała sobie sprawy, że będąc silną „wpycha” pozostałych w słabość i że jeśli sama pozwoli sobie na słabość, to inni będą mieli możliwość stać się silnymi. Nie zdawała sobie sprawy ze swoich mechanizmów obronnych i z tego, że poprzez bycie silnym ucieka przed słabością, która też jest jej częścią, jest kawałkiem prawdy o niej.

Pomyślałam: o Bożenko! Przecież to jest o mnie. Uczę się integrować moją siłę i słabość od półtora roku, a dopiero dzisiaj do mnie dotarło… jeśli nie mam w sobie miejsca na słabość nie mogę pozwolić innym na bycie silnymi (a przecież to jest taka oczywista oczywistość). O Bożenko! Pomyślałam po raz drugi. Przecież ja to robię w życiu. Jestem ogarniaczem wszystkiego i wszystkich, a potem się denerwuję, że inni nie ogarniają. Tylko ja muszę wszystko sama i sama. O Bożenko! Pomyślałam po raz trzeci… przecież ja sobie pozwoliłam na słabość w 2014 roku i nawet tego nie zauważyłam… no to ładny klops (użyłam wtedy zdecydowanie wulgarnego określenia).

Mój rozmyty makijaż i moja odwaga.

Na początku pierwszego dnia był moment, w którym integrowaliśmy zasoby, wnioski, doświadczenia z 2014 roku jednocześnie pozwalając na odejście temu co ma odejść. Potem była rundka (było nas 30 osób!) i każdy miał okazję powiedzieć jedno zdanie ze swoim wnioskiem, spostrzeżeniem.

Kiedy przyszła na mnie kolej przyszła kolej też na moje łzy (zupełnie nie potrafiłam tego powstrzymać). Powiedziałam, że to co biorę sobie z 2014 to kobiecość i podążanie za tą kobiecością, ale też pozwalanie sobie na bycie słabą i ufanie swoim potrzebom.

Mówiąc to, sukcesywnie mój makijaż rozmazywał się.

Czułam się trochę speszona, trochę zawstydzona własną krytyką (No Michalska pięknie! Dopiero początek warsztatów i już ryczysz!). Pomyślałam jednak po chwili, że ok. Że być może na tym też polega uczenie się swojej słabości, żeby pozwalać sobie na łzy wśród obcych ludzi (ja znam łzy i umiem płakać, ale jakoś przy ludziach poziom wstydu i paraliżu był zawsze silniejszy). Pomyślałam, że potrzebuję właśnie teraz zmierzyć się z największym swoim lękiem, ze słabością publicznie. Nie rozumiałam tylko do końca po co. Po co Michalska ma pokazywać słabość? Przecież to jest pani prezes, certyfikowany coach i trener, z wykształcenia politolog. Po co te łzy są Michalskiej potrzebne?

Łzy były potrzebne jeszcze komuś.

Pod koniec drugiego dnia braliśmy wszyscy udział w ćwiczeniu w parach, gdzie między innymi mówiliśmy o tym, co nam się podoba, co polubiliśmy w drugiej osobie. Jedna  z uczestniczek powiedziała mi, że moje łzy zaraz na początku dały jej bardzo dużo poczucia siły i pewności siebie, bo pomyślała, że skoro tak pewna siebie babka (jak można w ogóle stwierdzić, że jestem pewna siebie babka?) pozwoliła sobie na łzy to znaczy, że ona jest w dobrym miejscu, na dobrym warsztacie.

Byłam w szoku, a jednocześnie byłam w dziwny sposób szczęśliwa, że to jednak prawda: mogę być słaba i to nie musi przerażać, mogę być słaba i to może dawać komuś siłę, mogę być słaba, bo… jestem silna. Mogę być słaba, bo to jest też kawałek prawdy o mnie.

Jest mi bliżej do siebie.

W ciągu tych dwóch dni miałam też okazję rozmawiać chwilę półprywatnie z Michałem, któremu opowiedziałam pokrótce co to się podziało w moim życiu, czemu się przeprowadziłam po 10 latach z Krakowa do Warszawy, czemu łzy mi same lecą chociaż przecież jestem szczęśliwa i mam w zasadzie wszystko czego potrzebuję… I Michał po dłuższej chwili zastanowienia powiedział: ale wiesz Anita, ja Cię wolę taką jaka jesteś teraz. Bliżej mi do Ciebie.

I pomyślałam sobie wtedy… mi do siebie też jest teraz bliżej. I kiedy jest mi bliżej do siebie to też jest mi bliżej do ludzi. Mogę być bardziej szczera wobec siebie i dzięki temu bardziej uważna na Rodzinę, na Przyjaciół, na Klientów. Na drugiego Człowieka- tak po prostu.  I pomyślałam- o tym chcę napisać. To mam do powiedzenia światu.

Rok 2014 był szalenie dla mnie trudny. Zmagałam się zamiennie ze swoją siłą i słabością. Byłam dyrektywna wobec tych, którzy tego nie potrzebowali i nie byłam dyrektywna wobec tych, którym to było potrzebne. Pokazywałam słabość nie tym co chcieli to oglądać, a chowałam słabość przed tymi, którzy byli na to gotowi. Byłam przerażona 2015 rokiem, bo byłam w totalnym stanie NIE WIEM. Nie wiedziałam jak ja mam pracować z ludźmi jak jestem na takim etapie. Jak mam być wspierającym coachem, trenerem, dyrektorem zarządzającym, kiedy ja NIE WIEM.

Nie wiem jest ok.

I okazało się, że nie potrzeba dużo, aby wiedzieć. Wystarczy pobyć ze sobą. Porozmawiać szczerze ze sobą. Popłakać, jeśli jest taka potrzeba. Pozwolić sobie na słabość. Na oddanie kontroli. Zastanowić się, co tak naprawdę jest dla mnie ważne i dobre.  A potem pozwolić sobie na siłę, na wzięcie życia za rogi, na poukładanie, być może niektórych aspektów od nowa, a niektórych w ogóle.

Wystarczy słuchać siebie i wtedy życie jakoś samo zaczyna się układać. Kiedy sobie na to pozwoliłam, też zaczęło się znów układać, a w zasadzie to ja znów zaczęłam spokojnie układać; łatwiej zaczęły przychodzić odpowiedzi na pytanie czego chcę od  2015 roku, co chcę od życia, a czego nie chcę w ogóle.

To z mroku najlepiej widać światło.

Miałam wcześniej jakiś opór, żeby puścić te słowa w świat. Po co pisać ludziom o moich słabościach? Czy tutaj jest coś naprawdę inspirującego? Przecież tu nikt Ameryki nie odkrył…

Okazuje się jednak, że większa niż opór, jest potrzeba powiedzenia głośniej do świata i do ludzi: osiąganie celów jest również ważne co rozwalanie się czasem i zgubienie. Bo czasem trzeba się zgubić, aby się odnaleźć.

To z mroku najlepiej widać światło i przecież nie ma słońca bez cienia…

Mój nowy rok rozpoczął się dzisiaj. Zaczyna się codziennie na nowo. Słucham siebie. Jestem szczęśliwa. I życzę Tobie tego samego. Codziennie. Tak naprawdę. Z głębi serducha.

To pisałam ja.

Anita. Silny słaby człowiek. Kobieta.

Podobne artykuły

3 pułapki, w które wpadasz z powodu swoich przekonań

3 pułapki, w które wpadasz z powodu swoich przekonań. Zmień swoje przekonania, a zmienisz swoje życie można przeczytać w różnych...

czytaj >

Jak nauczyć się pewności siebie?

Brakuje Ci odwagi, żeby powiedzieć swoje zdanie wobec osób, które mają większe doświadczenie niż Ty - nawet jeśli wiesz, że to Ty masz...

czytaj >

Wszystko ma swój sens

Na początku byłam jak Al Bundy. Kończyłam liceum w czasach prehistorycznych, w których wierzono, że tylko osoby po studiach dziennych...

czytaj >